fenolovetaleina
fenolovetaleina.blog.interia.pl
<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Księga gości
 
O mnie
fenolovetaleina
21
Słówko o mnie
Zobacz mój profil
Archiwum
Rok 2012
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
3819
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
58
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
5
Notki
Odbicie sto dwudzieste ósme. 2009-12-10


Po Tobie zostały mi zadrapania
na marnych skrawkach mojego ciała
Chciałam uwierzyć że dasz mi nowe
Te zatrzymałam

Po Tobie zostały mi wątpliwości
Czy kiedyś przed Tobą nie było lepiej
Bo wtedy czasem drżałam od chłodu
Dzisiaj już czuję że jest mi cieplej

Po Tobie nie było dla mnie nikogo
Wszyscy tu stali się niewidzialni
Zimnymi dłońmi chciałam ich dotknąć
oni mnie chcieli
lecz byli martwi


Po Tobie wiele się spodziewałam
Jednak wierzyłam że będziesz dla mnie
Teraz żałuję, że to przespałam
Nie czerpiąc Ciebie bardziej zachłannie

Na końcu moich rozbitych myśli
Zamknęłam usta, wierzyłam Tobie
I w jednej chwili się rozpłynęłam
wbrew samej sobie

Więc już po Tobie
Odbicie sto dwudzieste siódme. Trochę inaczej. 2009-11-09
Jesienny poranek. Gorąca pościel zażegnała jej zimne plecy ostatnim muśnięciem po żebrach, podrapanych ostrzem wczorajszej podłogi. Kawa smakowała jak zwykle. Jak zwykle nie do końca zaparzonym wrzątkiem, nie do końca wsypanym cukrem, do końca ziarnami wciskającymi się między zęby. Pod prysznicem drżało ciało na przebudzenie, na dopełnienie wyrywania siebie spod zmrużonych ciągle powiek. Ubrała się. Przemykając jeszcze opuszkami po za małych piersiach, za dużych biodrach, za krótkich nogach...
Gorąca pościel okalała ciągle Jego blade ciało, w dłoni ściskał skrawek wygniecionej kołdry. Niepokoje z dziecinności przytulały go co dzień - co dzień, kiedy kurczowo trzymał poduszkę za ucho, jak kiedyś. Budzik pieścił dźwiękiem jego czułe uszy już od paru chwil, niepojęcie dla niego krótkich, za krótkich jak zawsze. Wstał. Rozebrany, chwycił prawą dłonią za kubek, w którym parowało ukochane kakao, lewą za skarpetkę na którą nadepnął. Przepłynął mu przed oczami wczorajszy wspólny prysznic. Otulił więc czyste ciało ubraniem o kobiecym zapachu i wyszedł, milion razy sprawdzając czy zamknął drzwi.
Ona w skupieniu przekręciła klucz, płynną delikatnością pociągnęła za klamkę, by za moment udawać, że wcale nie patrzy mu w oczy. A on już w progu dotknął szorstkimi opuszkami jej doskonałych piersi, idealnych bioder i nóg.




Odbicie sto dwudzieste szóste. 2009-10-07
Uspokajam się przy drżeniu Twoich powiek
choć wiesz o tym tyle co nic
A jak i tak Ci o tym nie powiem
bo wolę po prostu być

Na końcach Twych rzęs śpią życzenia
Są bardziej żywe niż Ty
Bo one są do spełnienia
Gdy Ciebie mordują sny

Tu na podłodze jest zimno
Może powinnam już iść
A jednak coś wciąż mnie trzyma
Nie mogę po prostu wyjść

Zawsze stąd znikam nad ranem
kiedy powieki rozchylasz
I pierwszą myśl w skroniach tworzysz
Czy znowu przy Tobie byłam

******

Znów mi się śni ostatni sen
o życiu jak na cienkiej nitce
kiedy byliśmy jak ten deszcz
co rozbił nasze wspólne skrzypce

Na których wiatr wygrywał Nam
kolejne dni melodii naszych
Na których przegrał z Nami chłód
Ostatnich słów i wspólnych zdarzeń

Podarłam ciszę na kawałki
Wypiłam miłość z dna filiżanki
I zapomniałam już raz na zawsze
że kiedyś znów przy Tobie zasnę


Odbicie sto dwudzieste piąte. 2009-10-05
Na skroniach
czuję jeszcze nieposkromione dreszcze
Bo zatańczyłam z deszczem
Co zimne krople szepcze

Pod moją bosą stopą szeleszczą liście mokre
Słuchają drzewa mądre
Wariują wiatry szczodre

Za moment słońce jasne przyniesie mi motyle
Wyłapujące chwile wytrzymujące tyle
co delikatny pyłek

Za ciszą będę tęsknić gdy okna zamknę w domu
zatrzasnę drzwi balkonu
Opowiem byle komu

o przezroczystej wodzie co kąpie się w pogodzie
i mieni w mym ogrodzie
Przy jasnym słońca wschodzie

*********

Na strunach wątłych instrumentów
porozkładanych pod meblami
bawią się dzieci blade i sztuczne
bez rąk i oczu
z trzema nogami

Przy listwach w kątach niewysprzątanych
kłębią się gubią pachną i duszą
porozgryzane psimi zębami
pozaszywane kawałki pluszu

Na pięcioliniach wątłych ambicji
Tłuką się w rękach nasze naczynia
Pękają żyły i struny w gardle
Życie nie uczy jak to wytrzymać

************



Jak bardzo boli mnie głowa
I ciało i skóra i mózgi
Tak bardzo mnie bolą paznokcie
na Twoich piersiach i plecach
Na jednym ruszcie nas pieką
za jednym długim zamachem
by rzucić
By rzucić Nam w skóry kamieniem
Wykręcić do tyłu karki
Piekielnie mi z Tobą i cicho
spokojnie mi z Tobą i źle
Za ciszę oddam Ci wszystko
i Ciało i siebie i śmierć

*************


wiesz kochanie

Nie mam Cię jeszcze
Ale wierzę
że kiedy moja skóra dojrzeje
przyprowadzi Cię do mnie jej zapach

I wierzę
że jak w bajkach
połączymy palce opuszkami
oderwiemy stopy od ziemi
i będziemy

nierealnie
niepojętnie
nieskończenie

************


Piszczały w uszach ostatnie dźwięki
Tłuczonych szklanek rozległy się jęki
I pękły nam w dłoniach kolejne marzenia
Jak wieczne supły splątane marzenia

A teraz chwile są godzinami
Te chwile co cierpień oblały mnie łzami
Pod ziemią leżą zdeptane zdarzenia
Zrywane w pamięci dłoni twoich drżenia

Na filiżankach szminki odciski
Daleko gdzieś dom już nie jest tak bliski
A za firanką kolejne spojrzenia
Podle wpisane w nasz ból istnienia

*****************


Pozwól, że zasnę na Twoim uśmiechu
pozwól mi schować krople w powieki
Chciałabym mieć kiedyś czas
który będzie bronił Nas
Chciałabym pójść z Tobą spać
tylko raz

Chciałabym mieć kiedyś nas
byśmy mogli zjadać czas
zaklinany w oczach strach
choć raz

Wyproś gości późno już
posplatajmy nitki słów
A istniejmy tylko my
I w powiekach ciche sny

*****************


Trącają firanki rozbite szklanki szklanki rozbite
wina wypite mysli stłuczone nierozgrzeszone
nierozgrzeszone żadnym żargonem

Psy powgryzały zęby w sandały w ostatni sandał
co był za mały co był za mały a ciągle ładny
psy go pogryzły stał się szkaradny

Rozładowałam baterie wszystkie bateria ostatnia
wpadła mi w miskę a w misce woda mokra jak deszcz
baterie z wodą też połknął pies

Narysowałam wąsy na zdjęciu lecz nie pod nosem
a gdzieś na zgięciu na zgięciu łokcia gdzieś na kolanie
weź mnie poskładaj szanowny panie

Kupiłam nogi rano na targu na który biegłam bez nóg
w letargu nie miałam wcale pięniędzy wtedy musiałam chodzić
wzięłam na kredyt

Gdzieś przy obiedzie zjadłam pierścionek wciskając w gardło
papryczki ogonek ogonek zielony papryczki czerwonej
trochę za słodkiej albo za słonej

Wieczorem chłopak przyszedł całować całować długo
i bezpamiętnie ale nie mnie bo ja wciąż nie chcę
całował klamkę jak zwykle namiętnie

W nocy bzyczała mucha z nad ucha śmierdziała jakimś
niedomówieniem jakimś podwórkiem czy suchym liściem
liściem co kiedyś wcisnął się w ziemię

Później wypiłam kawę nasennie profilaktycznie albo niezbędnie
Była za słodka zbyt gorzka mało później stwierdziłam że to
kakao

Potem zasnęłam z otwartym okiem leżąc na brzuchu
albo też bokiem bo cały dzień tak byłam spięta
że teraz już nawet nie pamiętam

***************


Sami jesteśmy ciszą którą przerywamy
i nieskończonością narzekań naszych ust
pod ziemią i tak wyglądamy tak samo
A nad chmurami znów tacy sami

Są chwile niepoliczalne
i cisze bezcenne bezsenne
za które ktoś oddał by wszystko
a Ty masz je tylko dla siebie


***************


Na fotografiach w silnych ramionach
topią się słabe wątłe istoty
wpatrzone w szklane odbicia źrenic
hipnotyzują je jak narkotyk

Kocham Cię
za to że już Cię nie mam
I żadną z tych kobiet nigdy nie będę
a dzięki temu nawet nie pojmę
że miłość realnie jest
tylko błędem

kocham Cię
za to że nie istniejesz
bo kochać chyba wolę niż marzyć
niż cierpieć chore fantazje moje
o tym co może się nigdy
nie zdarzyć

***************

Pobawmy się raz jeszcze w kurz
pod naszym stołem i nie chcijmy odchodzić
razem z powietrzem co przemija
i przebija monotonność

Ile na kubku Twoim odcisnęło się
śladów szminek
tyle razy ten kubek potłukę
a później jak puzzle złożę
i jedną słomką pić z niego będziemy
martwe wspomnienia

Przyniosę do Ciebie swoje gwoździe
i nimi do ścian poprzybijam swoje
twarze nieruchome
bo nie będę tak jak one

A wieczorem umówimy się
pod stołem
i będziemy liczyć okruchy
naszych snów
**************


Kazali mi zapomnieć o sobie
a ja posłusznie zaczęłam śpiewać
jak mi grali
i chodzić tempem powolnym

Później nazwali mnie odmieńcem
bo zakłóciłam idealności
bo ja nie jestem taka jak w kluczu

Za parę chwil zostałam sama
Narysowałam swój inny świat
Mają się śmiać z mojego tempa

zostanę jedna

*****************

Szklanki w moim domu,
znów zaczęły oddychać jakimś niepokojem
a podłoga uśmiecha się do mnie, czekając
aż za chwilę pocałuję ją na powitanie,
potykając się o wredny dywan
Zaśmiałam się nerwowo zakładając tył na przód
że dzień nie będzie udany
A na podwórku czekało słońce
delikatnie głaskało mnie po ramionach
ukrytych pod cebulowym ubraniem
Autobus odjechał, bo chodnik cofał się
kiedy zaczęłam biedz
A Ty stałeś przede mną i znowu się śmiałeś
szczepcząc pod nosem
A to pech...


*****************

Zapamiętam kiedy nadejdzie chwila
pozszywana resztkami sił
Kiedy powiesz mi że na ten świat
pozbierałam ich za mało
Z ziemi na której upadłam
został już tylko ślad moich
rozchylonych warg
Do krzyku otwartych jak Twoje oczy
kiedy mówiłam Ci że nadszedł mój czas
Niebo zsyła mi wątpliwość
żeby wierzyć w zapomnienie win

Odbicie sto dwudzieste czwarte. 2009-04-28

W pustym zlewie
schnie łyżeczka obklejona
kawy łykiem
psy szczekają na balkonach
dźwięczy ciągle złym czajnikiem

Sufit zamarzł po remoncie
Razem ze mną w zimnym łóżku
A pająki w moich włosach
rozmawiają znów z poduszką

Nadepnęłam na koralik
z rozerwanej bransoletki
wciska mi się między palce
niepołknięta część tabletki

Za oknami szumi dreszczyk
Niepojętej melancholii
A rutyna stygnie w gardle
Z każdym dniem mnie bardziej boli




*****

Miłości
wyrzekam się
Nie wierzę w nagłe przebudzenie
Rozczarowanie depcze sny
i pięty mi obciera

Miłości
wyrzekam się
Jak wszystkich grzechów
nią splamionych
Sumienie dzisiaj inne jest
rozsądne

Miłości
wyrzekam się
Na chwilę o długości życia
na śmierć



******


w wiśniowym sadzie pachnie wiecznością
głuchą myzuką tłumioną krzykiem
szarym stukaniem gołębia w komin
I niebem jasnym i mdłym chodnikiem

Bo za drzewami kwitną drabiny
A na nich ludzie w dziurawych butach
Wspina się wszystko gdzieś w nieskończoność
Godziny mieszcząc w kruchych minutach



***

Przy oknie zawsze siedzę z pająkami
zachłysniętymi porannym kakaem
I drepczą po mnie bosymi stopami
I bolą mnie całym swym ciałem

Za oknem zawsze spotykasz mnie Ty
I płaszczysz policzki do szyby
I płaczesz czasami że nie możesz jej zbić
By dotknąć mnie w czubek szyi

Nad głową często krąży mi lęk
Po cichu brzęcząc głośne melodie
I przy tym oknie oglądam noc
Ty nie pamiętasz o mnie



*******


Poczekaj na mnie jeden dzień
Albo i wieczność dla mnie zostaw
Bo przecież dłoni innej na ciele Twym
na pewno bym nie zniosła

Poczekaj na mnie choćbyś chciał
zachłysnąć się powietrzem z cudzych warg
Bo przecież złamać obietnicy szept
To jakby zatrzymywać świat

Poczekaj na mnie jedną noc
Choć bym nie przyszła o poranku
Bo przecież nic trudnego to
wskazówkę cofnąć na zegarku

Poczekaj na mnie aż do śmierci
Pójdziemy razem tam gdzie chcemy
I nikt nie będzie miał pretensji
Że tylko siebie tak pragniemy

Odbicie sto dwudzieste trzecie. 2009-04-19
Dobrze że nie wiesz co u mnie
bo szepty wiercą mi w głowie milczenie
szepty ciszy błagalnej o głos

Dobrze że nie wiesz co u mnie
bo być tu byś musiał
pod kolanami mymi skulonymi w mrozie słów

Dobrze że nie wiesz co u mnie
bo myśli przez głowę by przeszły
czy moich dreszczy dłońmi nie ujarzmić

Dobrze że nie wiesz co u mnie
bo za wielką częścią Ciebie dla Ciebie
jestem
Za małą byś wiedział co robię

****

Wymyślałam sobie przeprosiny
zabarwione nutami drżących strun
zachwianych na graniacy niedomówień

Myślałam sobie że to dość
Aby drżącą dłonią Ci więcej nie machać
Plastiku szyb rzęsami nie wycierać

Czytałam złe słowa ze swojego sumienia
Zakłócone niepotrzebną pustką
A niebo rozstąpiło się nad moim okiem
Kiedy zderzyło się z Twoją źrenicą

Mówiłam - ludźmi tylko jesteśmy
aż ludźmi dla siebie specjalnie
W jednym ciele a rozdarci na zawsze

Człowiekiem jestem ulotną cieczą
Zakłopotaną częścią powietrza
Marnym człowiekiem, stęsknionym człowiekiem
Jestem zakochany

*******

Opaliłam sobie twarz
nieznośnymi promieniami
co w niedzielny smutek nasz
niepotrzebnie szły za Nami

Kochaliśmy ciszę wody
zapatrzonej w nasze oczy
posklejane blade ciała
Między nami Ona spała

Popękały autobusy
oblewane przez nas łzami
Opatrzone przyszłą nocą
która miała być przed Nami


*******


A jak mnie oszukasz
to zjedzą Cię owady roztrzepotane
nad dachami głów naszych
a moją ominą

Jak patrzył nie będziesz na mnie
tak jak musisz już
to koniec twych oczu wraz ze świtem nastąpi
Przy boku moim

A jak serce Ci bić przestanie
z hukiem uderzeń w stronę moją
To Cię przywiążę do swoich ust
niecierpliwymi łańcuchami w sile
niezliczonej

Jak Nas nazywać niczym będziesz
To niczym sam się staniesz


*******


Poczekaj na mnie jeden dzień
Albo i wieczność dla mnie zostaw
Bo przecież dłoni innej na ciele Twym
na pewno bym nie zniosła

Poczekaj na mnie choćbyś chciał
zachłysnąć się powietrzem z cudzych warg
Bo przecież złamać obietnicy szept
To jakby zatrzymywać świat

Poczekaj na mnie jedną noc
Choć bym nie przyszła o poranku
Bo przecież nic trudnego to
wskazówkę cofnąć na zegarku

Poczekaj na mnie aż do śmierci
Pójdziemy razem tam gdzie chcemy
I nikt nie będzie miał pretensji
Że tylko siebie tak pragniemy



Odbicie sto dwudzieste drugie. 2009-04-09

Po pierwsze sny grzechem
przeplatane
martwą skórą pomarańczy

Która tańczy gdzieś przy ustach
jak milczenie

Krztusiliśmy się powietrzem
wygryzanym z między zębów
pogryzionych
Resztek chleba

Już nie trzeba żeby głód naprawić
Tylko Tobą mogę żywić się i głodzić

Po drugie to nie moje ręce
podrapane
martwym cieniem głuchych zgliszczy

Wszystko milczy




******

Akapity wieczności
zapełnione masą błędów
niedomówień
wygryzają swoje ciała jak przynętę

Na strunach martwych głosek
pieszczą się sylaby przekleństw
wydmutchniętych z między zębów
wymyślonych z między mózgów

A świat stoi w żywym punkcie
Zamartwiając się śmiercią
co ukrywa się pod ziemią
obracaną egzystencją






Odbicie sto dwudzieste pierwsze. 2009-04-04
Utopiły się ciężkie okręty
zakrztusili się ciszą topielcy
z imionami naszymi w kieszeniach
a nas znowu razem tam nie ma

Zabłądziły wraz z wiatrem latawce
z źrenicami naszymi na sobie
zaplątały się między drzewami
my leżymy pod nimi wciąż martwi

Zakochały się marne istoty
wyszperane spomiędzy haosu
rozdzielone na chwilę - umarły
bez oddechu, spojrzenia i głosu
Odbicie sto dwudzieste. 2009-02-27
Gdybym mogła oddałabym wszystko,
żeby realnie nie mieć nic,
a duchowo mieć to, czego chcę.
Odbicie sto dziewiętnaste. 2009-02-06
Pękły łańcuchy przebrzydłej skruchy
Zranionych myśli resztką ambicji
Porozgryzane okruchy szczęścia
Topione z wrzaskiem w chwili odejścia

Byłam Ci smutkiem
Przymglonym co dzień
Bez oczu takich jak patrzeć chciałeś
Zbyt jasnym płótnem dla Ciebie byłam
Ty czarną farbą je malowałeś

Zgasły miłości w Twoich źrenicach
Zamarły cisze kochane moje
To co zostało z Naszych obietnic
To tylko słowa że wciąż się boję

Zbyt blisko odszedłeś bym mogła zasnąć
I mówić już sobie że Cię nie zobaczę
Będzie umierać myśl i ciało moje
Bo będę przy Tobie choć już nic
Nie znaczę



*****

Pachniesz toksyczną chwilą odejścia
Z przymusu uczuć których już nie ma
Wmawiamy sobie ciągle bez skutku
To co nam właśnie dzisiaj potrzeba

Bóg nas połączył na jednej drodze
Chciał bym to właśnie Ciebie spotkała
A teraz myślę że kiedy nas łączył
To dłoń mu pewnie lekko zadrżała

Nie jestem Twoim spełnieniem marzeń
Odkrytym w chwili gdy na mnie spojrzałeś
Myślałeś że jestem taka jak Ty
Później pomału wciąż mnie zmieniałeś

I patrzę dzisiaj w to samo lustro
Co wtedy przed wyjściem przede mną stało
Kiedy to wszystko się tak zmieniło
I co po tym wszystkim ze mnie zostało



NA SPECJALNĄ OKAZJĘ. 2009-02-05
Za mało miłości na zapas trzymałam
Prostym językiem nie mówiąc jej wcale
Musi jej starczyć – tak wtedy myślałam
Teraz Ty jesteś o niebo dalej

Co mam dziś zrobić z moim uczuciem
Znów naznaczonym piętnem rutyny
Obietnicami wśród krótkich spotkań
Że będzie lepiej Że znowu wróciMY

Nie było nigdy kogoś takiego
Dla kogo mogłam żyć nieszczęśliwa
Zabijam siebie kochając Ciebie
Wciąż powtarzając sobie- tak bywa

Chwilami myślę że niszczyć się mogę
Byle Cię tylko z widoku nie stracić
I czekać ciągle gubiąc swą drogę
Aż Miłość znowu zacznie coś znaczyć


****


Zapomnieliśmy imion swoich
Miłości niezapomnianej
Zapomniane dni i noce
Rozbudzone cisze telefonów

Błagałam Cię o miłość
Na łokciach ustach i kolanach
Ominąłeś mnie klęczącą
Jak Nic

Zawsze byłam Twoim i Twoją
Marzeniem własnością
Do dziś na mym ciele słyszałam Ciebie

Jutro nie będzie już Tobą pachniało
Nie będę miała czym oddychać
Gdybyś tylko chciał


***


Wieczorami szczypie swoją skórę
Mocnym uściskiem swoich myśli
O dłoniach Twoich
Które miałam na sobie
Nawet gdy Cię nie było

Kiedyś noce były słoneczne
Przepalone cichymi szeptami
Nawet gdy ust Twoich
Przy uszach nie miałam

Niedoskonały a idealny
Napełniałeś mnie krwią
W Naszych kolorach

Takiego Ciebie sny moje tuliły
I ja nie wypuszczać Cię chciałam



Odbicie sto osiemnaste. 2009-01-25

Kostropate myśli
Jak pacynki sterowane
Nagłym tchnieniem nagich ciał
Świt rozlepił oczy Ci
Byłeś tylko szczęścia chciał

Sen rozpalił rzeczywistość
Rozprasował resztki krzyku
Byś zapomniał ust mych smak
Roziskrzonych narkotyków

Pod krzesełkiem siedzi miłość
Patrzy w górę gdzie nic nie ma
W melancholii swego lęku
Myśli że jest niepotrzebna


******


Na tych ustach co schną wrzaskiem
Krew wyrywa resztki śmiechu
Suchość, krwistość, niepojętość
Dźwięczy w szeptach jej oddechu

Między kącikami ust
Wciąż pękają stare lęki
Szantażują umysł jej
Wystukują głośne dźwięki

Drzwi trzasnęły żrącym echem
Zostawiając ją za drzwiami
Z marnym Mona Lisy śmiechem
I krwistymi tęczówkami


****


Czerwona pościel z balkonu spadła
A ona znowu strasznie pobladła
Kąpie się w kubku z Jego ustami
Kaleczy myśli Jego resztkami

Wyszedł na chwilę nie wrócił nigdy
Być może myślał – nie zrobię jej krzywdy
A ona gnije jak panna młoda
Co suknie przymierza a musi ją oddać

Lusterko pękło z nieprzydatności
Na szklanej oczu jej wysokości
I na nic jej słodkie ciche błaganie
Jeżeli stała się bałaganem




Odbicie sto siedemnaste. 2009-01-23
Od czasu do czasu mnie masz
Na chwilę krótszą niż nasza miłość
Co jak przeciąg zamyka drzwi do wieczności

Słowa to nie czas
Ulotny powiew romantyzmu
Wpleciony między dachy naszych słów

My to nie wszystko
Przestał się wczoraj kręcić świat
Tylko wokół Nas

Przyspieszone szepty
Wyszarpane dłonie
Koniec

****


Są narządy niepodzielne
Moje serce
Takie których rozerwanie
W chwilę daje – śmierć
Nic więcej

Jedno życie to tak mało
Jak brak piasku na pustyni
Rany goją się ranami
Wciąż krwawymi

Są narządy niepodzielne
Tak jak serce
Nie chce umrzeć, bo za wcześnie
Weź te ręce


*****


Jestem ogniem
Posrebrzanym Twoim okiem
Pozłacanym czarnym niebem

Jestem ogniem
Co nie płonie
I nie gaśnie
Tylko tonie

Jestem ogniem
Z nie zgaszoną siłą woli
Sparz się mną
Bo to nie boli


Odbicie sto szesnatse. 2009-01-18

Kazali mi wyprzedzić czas
Na siłę dojrzeć w oka mgnieniu
Ty, Panie porządkujesz nas
W przedziwnym czasu wyprzedzeniu

Powiedz mi czemu los nie jest mną
I nie wie gdzie leży dziś moje szczęście
Ty, depcząc mi nad głową gdzieś
Szykujesz w niebie moje odejście

Przez kręte drogi niebios bram
W nadziei cichej zmieniam myśli
Choć nigdy mogę nie być tam
Ty, wołasz nas, abyśmy przyszli

A póki co, zakrywam oczy
Tymi rękoma, co są w Twych sterach
I najpierw dajesz siłę im
A potem nagle ją zabierasz

Weź, Panie na kolana mnie
Poprowadź wreszcie przed Twe oczy
Darujesz mi znów grzeszny dzień
Nim moje życie już się skończy








Odbicie sto piętnaste. 2009-01-15

Noszę na głowie podartą pończochę
Bo zawsze zabójcą być chciałam
Przystawić komuś pistolet do skroni
I czuć rwący dreszcz jego ciała

Noszę w kieszeniach coś do jedzenia
Bo zawsze dobra być chciałam
Karmić codziennie tych co nie mają
Nawet gdy ja bym nie miała


Noszę na szelkach białe skrzydełka
Bo zawsze aniołem być chciałam
Stróżem siedzącym na prawym ramieniu
Wtedy bym wszystko wiedziała


***

Pieszczone sumieniem kłamstwa
Rozdzierają Ci koszulę
Rozpinają jej guziki częściej niż
Mi pozwalasz

Myślałeś że nie widzę
Jak szedł za Tobą cień
Z piersią do przodu wypięta
I nogami do nieba

Z każdym krokiem Twoim
Stukanie obcasów słyszałam
Wysokich jak Twoje ambicje

Dziś rozdepcze zatrute sumienie
Które kazałam Ci wypluć


***

Pamiętam zegarki
Rozszarpane niecierpliwością
Z bólem głowy od pracy i czasu
Za oknem jeszcze dym
Z papierosów pożary ukojenia

Pamiętam jeszcze dywan
Termiczny szok dla stóp
Gorącą pościel i ciało zimne
Niepotrzebne
Za domem siedział strach

Pamiętać chcę naczynia
Potłuczone niezdarnością
Drżących dłoni niewyspanych powiek
Schowałam się za własnym cieniem
Zabita w pomyleniu
snem


***

Piosenki bez nut
Dennie wystukiwane moimi obcasami
Kiedy zmierzam chodnikiem do pracy
Którą szukanie pracy się stało

Bo ja
Atrapa kobiety idealnej
Nawet samej siebie nie mam
Na instrumentach boskich własnej
Wyobraźni
Wygrywam kłamstwa
Przegrywam milczenie

Hałasy bez dźwięków
W uszach porcelany noszę
Sukienki opatrzone materiałem przeżyć


****

Układanko moja
Elemencie mój
Nie pasujący do niczego
I do mnie
Ciszą Ci usta zamykam
Pogodą deszcze z Twych oczu
Zakrywam
I ręce odcinam jak trzeba

Ćmą Twoją jestem
A Ty światłem
Niewidomym
Niewidocznym
Aniołem


***

Rozczeszę włosy aniołom
Stróżom i niewidzialnym
Popękaną dłonią zetrę im
Z czoła zmęczone ślady

Przytulę je w ramiona
Wdzięczne i nienasycone
Opieką przemienioną zdrętwiałe

A one spadną na mnie zamiast deszczu
Choć jak deszcz z nieba jasnego
A ja rozczeszę im włosy
Zatruję się szczęśliwością




Odbicie sto czternaste. 2009-01-11
Będziemy na huśtawkach
Naszych nastrojów
Udawać dzieci
Co w słońcu smak szczęścia
Odnajdują
I miłości próbują pod stolikiem

W piaskownicy zostawimy
Nasze skarby
Słowa na czarną godzinę
A kiedy spadnie mroźny śnieg
W ciszy je odkopiemy

Wieczorem pobawimy się
w chowanego
Żeby znaleźć siebie nad ranem
I kawę na kakao zamienimy
A siebie na szczęście



***

Mogę nie mieć rąk dla Ciebie
Ani kluczy do kajdanek
Z imieniem Twoim wyrytym przy zamku
Tylko na dłonie mi patrz i licz rzęsy
A dalej niż krok się nie odsuwaj

Przynieś mi szklankę wody
I jej krople cierpliwie do ust mi wlewaj
Spoglądając na moje szczęście
I nie odstawiaj jej już na stół
Tylko zostań

Bo ile dni bez Ciebie zliczyłam
Tyle mam wyrzutów sumienia
Przykuj się do mnie
Będziemy patrzeć jak rosną Nam kości


**

Posłuszna sobie leczę się z grzechów
I rany zaklejam milczeniem
Za chwilę noże na mnie ciche spadną
Nie trafiając w brudne myśli

Pierwszy raz darowałam sobie winy
Rozczesane nad dnem niepokoju
Aż mi wstyd patrzeć sobie na ręce
I błagać swój wzrok o spokój

Niewdzięczna sobie proszę o jeszcze
A prawda mi gra na sumieniu



Odbicie sto trzynaste 2009-01-09
Czasami się całujemy
Po przyjacielsku
Dotykamy swoich spojrzeń
I ciał
A czasem za dłonie się trzymamy
Żeby nie stracić równowagi

Czasami na dłużej się przyklejasz
Do mojej szminki
I częściej wsiąkasz zapach moich perfum
Po przyjacielsku

Czasami na siebie patrzymy
Pożerając wzajemnie źrenice
I brudnymi dłońmi łapiemy niebezpieczne
Słowa
Zbyt czułe zbyt ciche zbyt łapczywie
Niby po przyjacielsku

Odbicie sto dwunaste. 2009-01-04

O której spać poszedłeś
Ja wiem
Pociągi nas dzielą od siebie, autobusy
Samoloty w bezlitosnej turbulencji

Nie mam Cię tu na wyciągnięcie ręki
I miałam tylko przez chwilę
Paliły się do mnie Twoje rzęsy
I usta z moich warg piły

O której się obudziłeś
Ja wiem
Co zjadłeś na śniadanie choć już nie mnie
I czemu się wtedy poddaliśmy
A zawsze będziemy się mieć

***

Na imię mam kobieta
A na nazwisko Nic
Jaką Bóg mnie stworzył
Takiej nie pamiętam
Bo siebie bożej nie widziałam

Nie było mnie w mózgu Ewy
Kiedy owoc zrywała w pokusie
Nie byłabym Nią na pewno
I nie ma mnie teraz w kobiecej duszy
Duszy kobiecej we mnie brak

Nazwali mnie kobietą
Ubrali w gładkie ciało
A na nazwisko dali Nic



****

Czym myślisz
Istoto człowiekiem nazwana
W męskim rodzaju
A nieludzkim

Dzisiaj ją kochasz
Bo ładnie się uśmiecha
I równo ułożyła włosy
Bo wtarła w ciało w balsamy

A jutro przejdzie Ci to
Bo brzydko wyszła na zdjęciu
I wypadła jej jedna z rzęs

Czym myślisz
Mężczyzną nazwana istoto
Wyrwana z innego świata
Nie jesteś większa

*****

Nauczę się chodzić po ścianach
Na podniebieniu zbierać
odciski Twoich palców
Muzyka słuchać mnie będzie
Bardziej niż ja jej
A Ty mnie wcale jak zawsze

Kolekcjonerem godzin
Stanę się
Minut nieprzespanych
Tabletek nasennych w przełyku
Spleśniałych

Nauczę się wiatrem być
Pod prąd wiejącym bez okaleczeń
Rozwiewającym kolejność Twoich rzęs

****

Nie byłam nigdy kamieniem
Rzuconym z rąk grzeszników
Co w pierwszej chwili kłębili myśli: to nie ja
A później w dłoniach otwartych
Cierpieli kamienia brak
I swoje kłamstwo

Na pierwszy ogień idę zawsze
I w ogniu tym się spalam
Nie tylko ja bezbłędna jestem
A tyle siniaków mam na ciele

Jeżeli kiedyś w dłonie dostanę
Kamieni kilka nazwanych czystością
Nie będę jak Wy rzucać nim przed siebie
Lecz wtedy właśnie grzech ocalę
I schowam je w kieszenie




Odbicie sto jedenaste. 2009-01-02


Na mchu
Dojrzałym w słońcu
Siądziemy nadzy i zaspani
Kamienie licząc
Drżące dłonie gryźć będziemy

Za leśną ciszę
Modlić się będę
Za nasze nagie podniebienia
I dni ospałe ociężałe nagłe

Poczekaj aż deszcz Nas ubierze
I resztki z Nas ściągnie nagiej prawdy
Niepokój z Nas zmyje
Niemiłość
Wstaniemy z mchu ubrani
W deszczowe wybawienie


*****

Ja znam te zazdrosne spojrzenie…
Dlatego dla Ciebie
Będę patrzeć w ziemię

By nie rozpalać zakochanymi
Źrenicami innych oczu
By nie stać się przypadkiem
Żadnym magnesem

Ja znam te Twoje spojrzenia…
Dlatego dla Ciebie
Nauczę się milczenia

By kiedyś nie podziałać
Słowami bardziej niż na Ciebie
Nie wtopić się przypadkiem
W cudze podniebienie

Ja znam te kochane spojrzenie.


*******

To nie było tak dawno
Choć aż wczoraj
Topiliśmy pocałunki w swoich ustach

Ja bezwiednie czas chwytałam
Licząc błędy
Pogrążając się w sekundach zapomnienia

Nie przeszła mi miłość przez głowę
I w serce nic nie ukuło
A dzisiaj w myślach siedzę przy Tobie
I sercem dla Ciebie oddycham

Zgubiłam gdzieś Twoje oczy
A ciągle je znajduje


Odbicie sto dziesiąte. 2008-12-25
Pod łóżkiem połamanym
Oka mgnieniem i migotaniem
Ciał stłumionych
Cisza gra na płatkach kurzu
Gwiżdże na mysich ogonach

A z szafy leje się krew
Zmęczona rutyną zawodu
Poznaje ziemie powoli
I wpływa pod podłogę

Za listwą siedzi życie
Przed śmiercią w strach schowane
I wielkie oczy ma jak On
Uwolni się nad ranem

********

Wyryj mi w źrenicach
Niewidzialne szepty
Nocą kiedy gardłowe zwierze
Zawyje z tęsknoty

Do księżyca modlić się będę
O słońce
Do jasności o ciemność
Niewiedzą własnych chęci

Zapleć mi z rzęs milczenie
Złotem opatrzone
Wymuszone tłumem wrzasku

Wrzaskiem tłumu przygaszone
horyzonty

****



Odbicie sto dziewiąte. 2008-12-07

Piechotą po niebo szłam
Zbłądziłam na zakręcie
Pomiędzy ścieżką wiecznej szczęśliwości
A przyjemnym uboczem uczuć

Nie uścisnę dłoni świętym
I Bogu na kolanach nie usiądę
Bo życie dylematem

A ja nawet z kulą przy nodze
Do nieba swego trafię
Innego niż Wasze


*****

Popękały klisze
Z obrazami naszej przyszłości
Smętne odpowiedzi zza mgły
Zasłoniły mi szklane tęczówki

A Ty…
Jak serce wyznaczasz rytm
Naszego istnienia

Popękały dni naznaczone
Cieniem zeszłych poranków
Spaliliśmy sny


*****

Nie bosko
Zatrzymałam w garści
Resztki płaskich słów
Ostrych przekleństw
Antidotum na nienawiść

Niedokładnie lecz zachłannie
Powbijałam w swoje plecy
Twoje igły
Moimi palcami

Za chwilę będzie koniec świata
Tylko jeszcze raz mi powiedz
Że nie jestem dla Ciebie

*****

Zaśpiewaj mi oddechem
W moje usta
Źrenicami pogłaszcz moje włosy

I sny w bajeczną przyszłość zamień
Tchnieniem dotyku swoich dłoni

Krzycz do mnie szeptem byle jakim
Zachłannie zrywaj ze mnie łzy
Za chwilę będzie nasze jutro
I umrą Nam koszmarne sny

*****

Trzeszczy mi pod karkiem piach
Z ziemi twardej jak ściany
I tylko swoje podbite oczy
W ziarnach kruchych odbite
Widzę

Podcięli mi skrzydła
Krwawię bezużytecznością
A ambitne dłonie porażone
Paraliżem zniechęceń

Wyblakłym aniołem jestem
Ze świadomością wiecznych bólów
Aureolą samotności


I będzie jeszcze kilka bazgrołów...:)
Odbicie sto ósme. 2008-11-20
Zginęłam w zderzeniu rzeczywistości
Z marnotrawnym myśleniem
Wyobraźnia zabijała zapomnienie

Nie paliłeś naszych pragnień
Ani w popielniczki nie zaglądałeś
Wypluwałeś kłamstwa w czyste powietrze
Dusicielu

Chciałabym dotknąć Twoich powiek
Do źrenic mi już za daleko


Odbicie sto siódme. 2008-10-15

W naszym mieszkaniu
Pachnie błękitną parą z oczu
Rozzłoszczonych dźwiękiem
Mego krzyku

Czasem sprzątasz razem ze mną
Niespełnione sny
Zapachu kaw porannych,
Nadgryzionych herbatników

W naszym mieszkaniu
Śpiewamy szeptem
Ciche melodie pisane miłością
I mamy dłonie zamiast grzejników
Swoje ramiona na bezsenność

Czasem zdzieramy swoje gardła
Wypominając braki czułości
Chwilową nienawiść, głód przy śniadaniu
Krzyczymy często coraz to głośniej

W naszym mieszkaniu
Są cztery ściany
Ściany, co uszu mieć by nie chciały

 

Odbicie sto szóste. 2008-10-14

Za noce
Modlę się ukradkiem rozchylając
Kołnierzyk Twojej koszuli
Nitki w kłosy zaplatam
Z przerażenia

Za kanty wkładam Ci listy
Pisanie krwią z dziąseł
Wygryzionych pocałunkami

A w deszczu ścieram Ci z czoła
Nasze słońce
Zagubione wśród niedomówień

******

Jesteś moim śmietnikiem
Wyrzucę do Ciebie niepokój
I pokój posprzątam dla Ciebie

Z podłogi pozbieram chusteczki
Melancholijnie zgniecione wśród łez
Z oczu wyciśniętych jak owoce

Spróbuj mnie
Jak najsłodszego z Nich
Spróbuj mnie pokochać

Nim świat znów mnie pogryzie
I znowu stracę Cię z pola widzenia
Z pola na, którym rośnie nic

 

*****

 

Nie wygłupiaj się gdy mówisz mi- dość
Przecież życie to nie eldorado
Ja na chwilę zatrzymam ten pęd
Ja na chwilę stąd tylko odjadę

Karuzele kołyszą czas
Zagubiony w zdrętwiałym pośpiechu
A Ty nie mów mi nawet po cichu
Że ja zgubię się kiedyś w tym echu

Pośród piór, głośnych słów i muzyki
Zakochuję się w niebie raz jeszcze
A Ty nigdy już nie mów mi więcej
Że zatruwam zabawą powietrze

Pod nogami ugina się śmierć
Śmierć to tylko zabawa wśród życia
Nigdy nie mów mi, że tak już jest
Swoje szczęście mam do zdobycia.

****

Mijamy się
W natłoku myśli
Porozrywanych szwach nienawiści
Grzeczni i grzeszni
Niewierni słowom
Błędnie myślący, że zawsze są sobą

Gubimy się
Pośród jesieni
Zaćmionym ogniem słów przypaleni
Dusznym oddechem złączeni wiecznie
Spaleni szczęściem
Tak niedorzecznie

Odbicie sto piąte. 2008-09-25

Gram sobie na nerwach
Bezkresne miłosne symfonie
Wypluwam na Twoją twarz powietrze
Wrzące od wczorajszych wieczorów

Wycinam serca z płatków róż
Zerwanych w drodze do Ciebie
Powoli je gubię

Na chwilę chodź ze mną
Pozbieramy zapomnienie
Zagram Ci na nerwach
Miłosne bezlitosne symfonie

 

 

*****

Czasem od zastygłych mięśni
Odwiązuję sobie kości
W bezlitosnym krzyku ciała
Potrzebuję stabilności

Czasem drapię się po twarzy
Zeskrobując resztki wody
Ścieram z oczu niewyspanie
Z przemęczonej znowu doby

Czasem płaczę w samotności
Nawilżając pościel łzami
Wydrapuję sny na ścianach
Wciąż tępymi paznokciami

 

 

****

Nie tak cudnie było jak być miało
Za mało zmrużeń śpiących powiek
Policzyliśmy razem

Tysiące rozmów między wierszami
Kłamstwa jak przecinki
Miliony wykrzyknień

Zdmuchnęłam Cię z ramion
Jak kurz
Lekkim tchnieniem zapomnienia
Kaleczącym szeptem

A tęsknota w moim domu
pierze ubrania pachnące Twoimi dłońmi
Czyści dywan mokry od naszych łez

 

 

******

Kładę dłonie na Twych łokciach
Przy oparciach od krzesełek
Na suchej skórze paznokciami
Rysuję Ci Nas

Zapatrzony w niewidzialność
Przymykasz powieki
Roztańczonym tchnieniem spojrzeń
Zamykasz mi usta

Wciąż jesteśmy tacy sami
Niezmiennie samotni
Uzdrawiający się z melancholii

***

Niedopity łyk kawy
Schnie między zębami
Między Tobą a mną
Krążą niedomówienia

Za cicho krzyczymy do siebie
Zasłuchani w bezsensie tych dni
Co świtem zgasiły marzenia

Nocami liczę Twoje palce
Zaplatam rzęsy w warkocze
A rankiem…
Znów nie dopijamy kawy do końca.

 

****

Skrzypi mi między palcami
Rozgnieciona zielona herbata
Gdzieś na półce podrapane okładki
Nieobowiązkowo przeczytane strony
Wystygły


Jest tu wszystko a mnie nie ma
Tylko kurz na zmarłych myślach
Zimny dreszcz pod powiekami
A mnie nie ma


Skrzypi mi między zębami
Rozgryzione ziarno kawy
Gdzieś pod kołdrą rozgrzane dniem stopy
wystygły


 

Odbicie sto czwarte. 2008-09-05
Stara szmata
Z podłogi Nią ścieram
Krew sączoną z między palców u stóp
Wyciśniętą spod szkieł rozbitych kieliszków
Po wyplutym winie

Na pościeli jeszcze ślady bladej szminki
Odciśniętej stemplem ciała
Męskich ramion
To nie mój kształt ust, ja ich nie maluję

A na ścianach wydrapane sentymenty
Martwy tynk za paznokciami
To ze złości


****

Czasem nie potrzeba słów
Wyskrobanych z wnętrza siebie
Wydłubanych z ostrych zębów
Wypuszczonych gdzieś do Ciebie

Jesteś dla mnie alfabetem
Posklejanym z niedomówień
Pozszywanym ciemną nicią
Z rozpalonych ogniem słówek

Czasem nic nie trzeba mówić
Pośród spojrzeń snem spełnionych
Rozognionych ciepłem źrenic
Głosów naszych wypalonych


********

Arytmia
W stukaniu obcasów
Raz bliżej
Raz dalej
Do Ciebie podchodzę
Zależy czym pachniesz

W niespokojnym
Trzasku Twych powiek
Liczę czas
I w rytmie ich dźwięku
Odchodzę

Waniliowe sny
Niespełnione melodie
Powietrze wciąż
Pachnie jak Ty

***


Ludzkie przysięgi
Na szkła rozbitych witraży
Podmuchem wiatru
Oddechem modlitwy
Nic nie warte

Ile dać może dziś człowiek
Bezduszności, bezdechu, bezprawia
Tysiące przysiąg na czyste powietrze
Zabrudzone naszymi słowami

Na chodnikach krew
W martwych fugach
Roztańczone firanki za szybą
I przysięgi ludzi niewiernych
Na Boga


*****

Cóż świat ze mnie miał będzie
Jeśli ja mam inny dla siebie
Nic nie straci, gdy mnie już nie będzie
Może straci gdy zbraknie mu Ciebie

Nadaremnie liczę godziny
Do odejścia wciąż bliżej niż dalej
Przecież wszyscy gdzieś odchodzimy
Tylko ja bezsensownie zostaję

Niewidzialna ciernista korona
Niszczy resztki myśli szczęśliwych
Może kiedyś w marzeniach tych skonam
Pośród godzin tak uciążliwych
Odbicie sto trzecie. 2008-08-31


A miłość?
A miłość jak czas mnie goni
W bezdennej ciszy sentymentów
I Ty
W zamglonej światem melancholii
Przygryzasz usta
Moja usta dla Twoich stworzone

A miłość?
A miłość jak sny
Staje się Nami

****

Na przejściu dla pieszych
Leżą oczy
Asfalt mokry od srebrnych łez

Na przejściu dla pieszych
Gasną światła
Sygnalizator rozsypał
Nieszczęścia

Na asfalcie mokrym od łez
Krążą stopy
Poparzone zimnym strumieniem
krwi

A pod przejściem wydeptanym krążeniem
Leżą piesi
Utopieni we łzach na asfalcie



****

Choć nigdy sama żyć się nie bałam
Dziś, gdy odszedłeś
Leciutko zadrżałam

Z Twoim powietrzem między zębami
Cieniem Twych dłoni między włosami

I płaczą me dłonie, samotnie zaspane
Chłodem plecione, snem obsypane…

Zgaszona brakiem Twego dotyku
Stoję jak posąg w martwym chodniku


Zza plastikowej szyby pociągu
Wciąż Twoje oczy śmieją się do mnie
I wtedy jeszcze przez pare sekund
Gdy już odjedziesz, nie mogę zapomnieć



*****

Nazywam księżyc leżąc w sypialni
Bo nie mam komu mówić że kocham
Szukam miłości
W wyplutych fusach
W przyćmionych wrzaskiem
Bezsennych nocach

Nazywam cienie gdzieś za mym ciałem
Bo nie mam komu mówić że płaczę
Szukam miłości
Gdzieś w wyobraźni
Kiedyś ją nazwę
Dzisiaj majaczę
Odbicie sto drugie. 2008-08-16
W wygryzionych ramach obrazów
Znajdziesz mnie
Przekreślonych przez czas fotografiach

A w wspomnieniach tych
Matką mą- Nadzieja
Co głupców w swych ramionach
Tuli opieką

Balansuję między szczęściem a śmiercią
Przelatując jak wiatr przez Twoje uszy
Wylatując rozchylonymi wargami
W niemym krzyku

W krzyku zachrypniętym strachem

W popękanych ramach zbitych okien
Znajdziesz mnie
Pozszywanych przez czas doświadczeniach



********

Kiedyś spotkamy się jeszcze
Na tej samej podłodze
Depcząc sobie po palcach

Będziemy i tak tacy sami jak zawsze
Jak zawsze tylko dla siebie

Chcę dziś w nocy spaść jak deszcz
Na Twoją głowę
Spłynąć raz jeszcze z Twego czoła

I umrzeć przy Tobie
W chwili szczęśliwości



*********

Czy to my jesteśmy tchórzami
Czy miłość boi się dać nam szansę?
Jak wiatr, uciekamy sobie przez palce.

A ja i tak czuję Twój oddech na szyi
Spojrzenia na mojej skórze
Pobladłam

Utopiona w łzach wyciskanych
Z samotności

A Ty i tak milczysz w zapomnieniu
Spędzając codzienność jak zwykle
Jak zwykle beze mnie

Czy to my nie jesteśmy dla siebie
Czy nie istnieje przeznaczenie?





*****

Rozpiera szczęście
Moje powietrze
Spacerujące gdzieś wewnątrz ciała

Między nadgarstkiem
Stłumionym dreszczem
A nogą, która znieruchomiała

Smakuje szczęściem
Twoje powietrze
Wdychane w moje czerwone usta

Gdy delikatnie me mokre rzęsy
Wargami swymi
Rozkosznie muskasz
Odbicie sto pierwsze. 2008-07-11
Poznaję Twój głos w przerywanym szepcie
Za listwami skrzypiącej podłogi

Życie zmienia nas w plastikowe pionki
Planszowej gry rozłożonej na niebie
I szczypie za skórę metalowym tchnieniem
Oszukując zmysły jak deszcz

Widzę Twoje oczy w dziurkach od kluczy
Pod klamką trzeszczącą zapomnieniem

Tęsknota daje nam czas na niemyślenie
Rozplatając warkocze zakochania
I ściera wspomnienia węglem na wodzie pisane
W naszych pustych głowach
Odbicie setne. 2008-07-01
Ciągle te same istnienie
W tej samej białej sukience
Bez butów ani wstydu
Depczę podniebieniami stóp
Po kolorowych makach

Wciąż w tej samej miłości
Upijam się tęsknotą
Męcząc się w bólu trzeźwienia

Ciągle opadają mi te same powieki
Zgaszone bezsensem czekania
Do snu
Obolałe ciężarem wczorajszych łez

Wciąż liczę księżyce na firankach
Wycieram z szyb ślady Twoich ust
I dotykając rosy tymi samymi
Podniebieniami stóp
Chwytam spadające anioły

*******

Mam myśli o smaku herbaty
Niesłodzone żadnym romantyzmem
Wymieszane tchnieniem tęsknoty
Z odrobiną kwaśnych doświadczeń

Smakuję mi miłość jak ciastka
Skrzypiące cukrem w zębach
Wrzucane z niedosytem do gardła
Im więcej Ich – tym więcej Ich
Chcę

Mam oczy o smaku soli
Szczypiącej wspomnieniami


Odbicie dziewięćdziesiąte dziewiąte 2008-07-01
Za ciemno się robi na spacer
Za jasno na modlitwę
Zbyt strasznie by sięgnąć
Po pustą szklankę
Z łóżka skrzypiącego samotnością

Przytulam się do nocy
Wtulając głowę w gwiazdy
Po cichu liczę nitki
We wciąż zimnej kołdrze

Za jasno się robi na sen
A dobrze na modlitwę
I nie wiem tylko czy w tej jasności
Ja stanę przed Bogiem
Czy Bóg przede mną stanie

*****

Nikt nie jest moimi bliznami
Na sercu
Żadne cierpienie
Choć ludzie- sępy patrzą
Jakby mieli mnie rozszarpać
Za moją słabość
Której nie ma

Nikt nie jest moimi łzami
O których nikt też nie wie
A ludzie- wilki chcą
Mnie zjeść za moje
Męki

Nikt nie jest moim krzykiem
Stłumionym w szepcie tęsknoty
A ludzie- kruki chcą
Wydrapać mi oczy
Za to że jestem inna

*******

Ucisz mnie jak sen
Co ciszy nicią zaszywa usta
I oczy skleja marzeniem
Jak sen co drżącą dłonią
Przykrywa zapomnieniem

Przytul mnie jak sen
Co gładzi moją głowę
Zaplata dłonie ciepłem
Jak sen co w ciszy mroku
Otula mnie powietrzem

Kochaj mnie jak sen
Co zawsze będzie przy mnie
Przychodzi każdej nocy
Jak sen co jest wciąż ze mną
Gdy tylko zamknę oczy

*******

W wieczorowym blasku
Świeczek
Zmywam z dłoni dzienny popiół
Myję oczy wrzącym woskiem
I zamaczam rzęsy w ogniu

W wieczorowym blasku
Świeczek
Wbijam do swej głowy miłość
Raz na jakiś czas się zjawia
Lecz to tylko Boża litość
Odbicie dziewięćdziesiąte ósme. 2008-06-28
Z pamiętnika nocy nieprzespanych
„O śnie”

Pozaplatał sen warkocze
Z żył krzepnących namiętnością
I pozszywał krwawe rany
Rozdrapane bezsennością.

Schował cieniem się na ścianie
Wśród zbyt starych fotografii
Latał wiatrem nad podłogą
Aż mi pod powieki trafił.

Przebrał mnie w pościeli biele
Wypłukane w dniach straconych
Wyrył ciszę na mym ciele,
Dłonią myśli nie zbudzonych.

Dobrym ojcem stał się dla mnie
Śpiewającym kołysanki
I odsłaniał jasnym rankiem
Rozświetlone dniem firanki.


*****

Zabłądziłam w labiryncie
Tabliczki czekolady
Gubiąc się między
Słodką cząstką niewierności
a kwadratem zakochania

Utopiłam się w filiżance
Wrzącej kawy
Uciekając w łyku zakłamania
do krainy wiecznych wątpliwości

Stałam się niczym
We wnętrzu owoców
Zamieniając się w pestkę bez znaczenia
Wyplutą przez zaciśnięte wargi


*******

Bez cierpień marny byłby ten świat
I niebo by sensu nie miało
Bo żyjąc w raju na ziemi, już na nic
By się nie czekało

Bez cierpień marny byłby ten świat
Co uczyć nas ma poprzez rany
Bo będąc szczęśliwi co dnia
Naprawdę się nie poznamy

Bez cierpień marny byłby ten świat
I my byśmy sensu nie mieli
Nie licząc swych wielkich wad
W swym szczęściu byśmy zginęli

Odbicie dziwięćdziesiąte siódme. 2008-06-27
Chodź, potrzymaj mnie za rękę
I oddechem na mej szyi, zmywaj smutek
Szeptu dźwiękiem

Niech nie mówią, że ta miłość
Kiedyś wsiąknie jak deszcz w ziemię
Bo do życia w tej udręce potrzebuje
Tylko Ciebie

Teraz, kiedy mamy siebie
I będziemy mieć się zawsze
Będę mówić razem z Tobą
Będziesz patrzył, gdzie ja patrzę
Odbicie dziewięćdziesiąte szóste. 2008-06-18
Usypia niemowlęta
Leżące w kołyskach
Pod jasnymi oknami
Za którymi nieważne
Czy noc czy dzień

Zamyka oczy
Bawiącym się dzieciom
By mogły zginąć
Wśród zabawek

Chyba specjalnie usypia
Kierowców
Wciskając za nich gaz
Być może specjalnie
Upija ich przedtem
By móc niechcący zatrzymać
Czas

I nie ma wcale żadnych narzędzi
Kosy czy wideł, noża, siekiery
Wystarczy, że przyjdzie
Wrednym oddechem
Że zgasi Ciebie
I mnie za chwilę


****

Kłamstwa w historycznych
Faktach
Że miłość wszystko wybacza
Przez grzechy obydwu stron
Miłość wszystko wypacza

Kłamstwa w ustach starszych
Pań
Że chciałyby uciec w głąb czasu
Bo lepiej mieć spokój na starość
Niż młodo żyć pośród hałasu

Kłamstwa w zdradliwych
Przysłowiach
Że wiara góry przenosi
Bez pracy, chociażby z wiarą
I tak się wszystko rozproszy

Kłamstwa w starych
Piosenkach
Że słońce jest w całym mieście
W szarych ulicach, z betonu
Słońce w upale cień niesie

Kłamstwa w ustach nas
Wszystkich
Że chcemy być naturalni
Zmieniamy się wraz z tym kłamstwem
Starając się być niebanalni


*******


Piekło z widokiem na niebo


Biję się w pierś zaciśniętą pięścią
Żałując za grzechy aż do krwi
Już nie cofnę
Złych uczynków, bezlitosnych krzywd.

Przez zamknięte powieki przebija
Się obraz nowonarodzonych.
Nie jak ja.
Człowiek z natury rodzi się dobry.

Płoną mi stopy od ognia
Nawet tam gdzie jest woda
I tylko zazdrość mnie zżera
Od środka…

Mały człowieku, nie zejdź
Z tej drogi
Na której ja zabłądziłam.
Spalisz się jak węgiel
Co kiedyś był drzewem…

Jak ja.
W mym zazdrosnym piekle.


*****


Jesteś moim najsłodszym upadkiem
A zarazem dłonią, która mnie z
Niego podnosi…
Podniebnym oddechem w moich włosach
Marzeniem ulotnym jak miłość.

Jesteś upadkiem,
z którego się nie podniosę.
Bo dobrze mi było nawet pod stopami
Depczących nadzieję,
Gdy wiedziałam, że upadłam przez Ciebie.

Jesteś najsłodszym z mych wszystkich
Upadków,
Bo warto było słodzić Tobą gorzkie chwile,
Zabliźniać rany Twoimi słowami.
Smakujesz mi wciąż słodkim
życiem.

Jesteś najlepszym z mych niepowodzeń
Szczęśliwym wgniecieniem
W zbyt miękką ziemię.
Uczuciowym, słodkim niepowodzeniem.



Odbicie dziewięćdziesiąte piąte. 2008-06-10
Spotykamy się tylko
Na piątkowych obiadach
Topiąc szepty w parze
Gorącej czekolady.
Sącząc jak najdłużej
Jedną słomką koktajl
O smaku tęskniącym.

Spotykamy się tylko
W wakacyjnym wietrze
Goniąc wieczorne zachody
Słońca.
Zanurzając sploty rąk
W przezroczystym jeziorze.

Spotykamy się tylko
na chodnikach
Kiedy wypadają mi kartki
Z wierszami.
I zbierając je w ulicznym pośpiechu
Niechcący zderzamy się oddechem.

Spotykamy się tylko
Kiedy chcemy.
A poza tym nie znamy się wcale.
W bezlitosnej kradzieży swych ust,
Przy rozstaniu się oddalamy.

Spotykamy się tylko, gdy chcemy…
Więc kiedy się umówimy?
Odbicie dziewięćdziesiąte czwarte. 2008-06-02

Patrzą na mnie zwykli ludzie,
Myślą sobie: niedołężnik
Prostą drogą z piasku szła
Zahaczyła o krawężnik.

Patrzą na mnie całą w piasku
Nikt mnie nigdy nie podniesie
Tylko szturcha tego obok:
Zobacz! Leży!
Śmiej się, śmiej się!

Patrzą na mnie tak codziennie,
Gdy wychodzę na ulicę.
A to potknę się o cegłę,
A to o jakiś kamyczek…

I czekają tak codziennie
Nieruchomi jak te sfinksy,
Aż przy wtórnym znów upadku,
Podrę sobie nowe jeansy.

Odbicie dziewięćdziesiąte trzecie. 2008-05-26



Nie kochaj mnie,
Bo miłość za krótko trwa
By tracić na nią dzień.

Na chwilę tylko chodź
I chwilą tylko żyj,
W bezkresnych pocałunkach,
Bez zobowiązań dni.

Nie nazywajmy nas
Żadnymi uczuciami
Po prostu tańczmy póki dzień
Ten trwa
Po prostu dajmy się ponieść
Fantazji.

Za chwilę słońca blask
Zakończy resztę dnia.
Więc Ty nie kochaj mnie,
Bo miłość za krótko trwa.


********

Chciałabym z Tobą mieszkać.
Żebyś patrzył mi na kieszenie
Kuchennego fartuszka
I nie pozwalał wylewać fusów do zlewu.
Chciałabym otwierać drzwi
Od zamkniętej łazienki
Wygiętym widelcem.
Chciałabym moczyć z Tobą usta
W wieczornym winie,
Z rozpalonego kieliszka,
Salonowym ogniem.
Chciałabym krzyczeć codziennie,
Że znowu zaspałeś i budzić
Cię czarną parą z kawy.
Chciałabym całować Cię w czoło,
Przy każdym trzaśnięciu drzwi
I witać Cię w ich trzasku.
Chciałabym zasypiać z Twoją głową
Na mojej poduszce i rano patrzeć
Jak rozlepiają Ci się oczy.
Chciałabym żebyś usypiał mnie
Co wieczór pocałunkami i
Szeptał do uszu kołysanki
Do końca życia.
Odbicie dziewięćdziesiąte drugie. 2008-05-24
Mam kilka lat umysłowych
Kilkadziesiąt dających uczucia.
Przestarzały dach nad pustą głową
Zadrapania na nagich kolanach.
Spracowane ciężarem łopatki
Wystające wciąż bardziej do zewnątrz.
Przezroczysty kolor tęczówki
Naturalnie zielone rzęsy.
Noszę długie do ziemi warkocze
Chociaż nie mam włosów na głowie.
Posplatane niechęcią ambicje
Zmiatające zdeptaną podłogę.
Czasem bawię się w porcelanę
Patrząc w oczy pobitym lalkom.
Głaszczę futro filcowych misiów,
Sama też chyba jestem zabawką…

************

Siedzimy w drewnianych oknach
Łapczywie wsiąkając tlen.
Czekając na śnieg, gorącego dnia,
Mroźnego czkając na słońce.

Rozprutym rękawem wycieramy
Sztuczne łzy.
Natarczywie ściekające z plastikowych
Rzęs.

Szukamy miłości jak rozpuszczalnik.
Wyżerającej samotność.

*********


(...)Umyłam okna.
Pościerałam suchą ścierką,
Ślady bezlitosnych pocałunków,
Odciski naszych palców.
Poskładałam w równe kostki
Wszystkie sukienki.
Chcę żeby nadal pachniały Twoim
Dotykiem.

W szarą wycieraczkę wsiąkły
Pożegnalne łzy, delikatnie
Staczając się po klamce.
Przecisnęłam jeszcze obcasem przez drzwi,
Twoją walizkę.
A dziś wszędzie tu widzę
Twoje ręce.

********


Być może sama
Przywiązałam sobie nitki do kończyn.
I byłam marionetką w Twych
Zmysłowych dłoniach.

I może sama sobie wmówiłam,
Że jestem składnicą Twych
Gorących uczuć.

A może sama wierzyłam,
Że istnieje świat i My oddzielnie.

Być może byłam głupsza
Niż czas, niż nic, niż Ty.

Być może choć jesteś chłopcem
Lubisz się bawić lalkami.
Takimi jak ja.
Z kruchej porcelany.

********


U mnie wszystko jak dawniej…
Tylko oczy mam mniej kolorowe
Tylko życie mnie goni wciąż prędzej.

U mnie bez żadnych zmian…
Tylko wszystko jest inne niż było.
Tylko ludzi jest mniej niż wcześniej.

U mnie wszystko w porządku…
Tylko ciężko mi uśpić problemy
Tylko jestem uboższa o łzy.

U mnie po staremu…
Tylko przeszłam przez nowe miłości
Tylko zmieniłam kolor włosów.

Odbicie dziewięćdziesiąte pierwsze 2008-05-20
Zatarte słowa chwilą rozkoszy
Co trumnę gwoźdźmi pozabijała…
I moje ciało, martwe od gestów
W którym się rozkosz śmiertelna
Schowała…
Usycha dusza gdzieś w pustym
Wnętrzu, martwych ambicji,
Skreślonych marzeń…
Kto ciągle myśli, że jestem winna-
Niech rzuci kamień…

Czy siła woli, której mi braknie
Płynęła w żyłach resztką prędkości?
Za wszelką cenę do niej się garnę
U kresu wolnej wytrzymałości…
Przebiły gwoździe razem z tą trumną
Moje stłumione oddechem ciało
Lecz byłam martwa od wszelkich uczuć,
Więc nikt mnie nie pyta…
Czy bardzo bolało…

W co się ubiorę na własny pogrzeb?
Pomyślę dzisiaj, choć to za wcześnie.
Nie będę jednak czekać, w milczeniu
Aż śmierć tu przyjdzie i datę szepnie…
Może po prostu poproszę kogoś,
By wyjął z trumny gwoździe w nią wbite
I odciął nożem, splamionym szczęściem
Nici, którymi mam usta zaszyte…

Później zapytam swoich wnętrzności
O to kim jestem dzisiaj niestety…
Odpowie mi rana po tępym gwoździu-
Małą dziewczynką w ciele kobiety…


Odbicie dziewięćdziesiąte. 2008-05-19
To nie moje serce Cię kocha,
a wszystko to, co Cię kochać
nie przestało.

Usypiam serce do Ciebie się rwące
Uspokajam ciało.

Być może nie da się kochać kobiety
Za wszystko to, czego Tobie nie dała,
I może pamięć zostaje na wieki.

Nie do niej, lecz do jej nagiego ciała.

A może nie da się kochać mężczyzny
Za wszystko, czego Ci nie dał,
I miłość Twoją zachłanną
Za pamięć ulotną sprzedał.

I może nie da się przestać kochać,
Nawet za to, czego się nie dostało
Bo chociaż miało się siebie tak wiele,
To ciągle się miało- za mało…
Odbicie osiemdziesiate dziewiąte. 2008-05-18
Z szuflady o miłości nieszczęśliwej.



Pamiętam smak trawy,
Trzymany w moich ustach
Jeden jej koniec, drugi koniec
W Twych ustach był.

Pamiętam oczu Twoich kolor
I kolor blasku ich błękitu,
Kiedy słońce w nie patrzyło
I Ty na te słońce patrzyłeś.

Pamiętam całowanie rzęs
W ich wywinięte końce,
Których koniec zaczynał się
W Twoich ustach.

Pamiętam spadające krople
Nieudolnie docierające na ziemię,
A ziemią dla nich byliśmy
Tylko My.

Pamiętam szum ulic i gwizdanie
Leśnych drzew, w których
Wydawałeś mi się inny,
Niż wszystko inne, co jest
Takie same.

Pamiętam, ostatnie zetknięcie
Moich warg z Twoimi ustami,
Które stały się martwe,
Po ostatnim, wiecznym pocałunku.


*******


Kocham deszcz
Za to co mi zrobił.
Za dzień, w którym zmusił nas
By stanąć obok siebie
I nie moknąć razem.
Kocham deszcz
Za to, że stworzył kolejne
Wspomnienie
I czas przyspieszył
Być może celowo.
Kocham deszcz
Za to, że pozwolił
Mu zetrzeć się ustami
Z moich policzków.


********



Czy byłbyś taki sam,
Gdybyś miał mnie tam codziennie?
Czy kochałbyś mnie bez kresu,
Bronił mych uczuć niezmiennie?

Czy Twoja pamięć od nowa
Zaczęła liczyć ten czas,
W którym już całkiem świeże słowa,
Zakryły ten obraz nas?

Czy będziesz chciał mnie zobaczyć,
Gdy zaśniesz w stłumieniu myśli?
Czy będziesz chciał mnie dotknąć,
Gdy kolor mych oczu się przyśni?

Odbicie osiemdziesiąte ósme. 2008-05-11
Stoją samotni w martwym szeregu
Myśląc, że to kolejka
Stoją z nadzieją stłumioną w dźwiękach
Myśląc: kolejka do szczęścia

Topią spojrzenia w martwym betonie
Niszcząc ostatnie słowa
Z pustym westchnieniem gdzieś między
Płucami
Niszczą te słowa od nowa

W martwym szeregu, złudnym szeregu
Stoimy wciąż tracąc czas
Wmawiamy sobie, że nic nie robiąc
Znajdziemy gdzieś w sobie – nas

Stojąc w szeregu, szarym szeregu
Dusimy samotność w dźwiękach
Tracimy siebie przez swe wmawianie
Że to nie szereg a kolejka.



***************

Mam puste kąty w głowie
I koło głowy to samo…
I psychiatryczną biel ścian
Budzącą me oczy rano.

Mam różdżkę niedziałającą
Schowaną gdzieś pod piżamą
I brudne, stare serwetki
Zalane poranną kawą.

Mam serce zaćmione jak słońce
Co wschodzi zawsze zbyt wcześnie
Gdzieś między żebrem a płucem
Kołacze tak bezszelestnie.

Mam w głowie zero pamięci,
Zupełną słowną amnezję
Na razie pragnę dostawać
Nie chryzantemy- a frezje.

Mam Ciebie gdzieś w mych marzeniach
I widzę Cię gdy zasypiam
Mam Ciebie gdzieś pod powieką
Dlatego wciąż ją zamykam.


*********

Chciałbyś dziś nie być samotny
Mieć w żyłach miłosny narkotyk
I budzić się przy jej twarzy
Wciąż przy niej błądzić i marzyć…

Chciałbyś mieć radość z istnienia
Ambitny cel do spełnienia
I robić to tylko dla Niej
Wiedząc, że zawsze zostanie…

Chciałbyś ją znać na pamięć
Centymetr po centymetrze
I wiedzieć jak z ust jej smakuje
Tak bliskie Ci teraz powietrze…

Chciałbyś wycierać wciąż łzy
Toczące się z dna jej oczu
Zbliżając się by je zetrzeć
Na twarzy jej ciepłą dłoń poczuć…

Chciałbyś ją mieć choć na chwilę
By tylko wiedzieć, że żyje
A później gdzieś głębią serca,
Oddychać Nią zamiast powietrza…


********


Zobacz serwisy INTERIA.PL